…Wiatr szepcze, że…

Jeżeli chodzi o banalność słów – tak, ich słowa wydają się banalne. Ktoś powie: w ich piosenkach chodzi o prostotę i łatwość słuchania. To jest jednak nieprzekonujący argument. Bo koncert „Zenit” nie zszedł do poziomu zwykłej imprezy, a stało się tak dzięki emocjom i słowom. Nie chcę idealizować Gen Rosso… Podczas „Zenitu” działo się jednak coś ponadnaturalnego, zaistniał wyjątkowy ładunek dobra.

Tomek Mikusiński inaugurując koncert, „zaklinał”, by atmosfera towarzysząca występowi stała się bardziej rodzinna. Nakreślił również temat, którym jest życie człowieka. Artysta podziękował organizatorom za wariacką dyspozycyjność: Cieszę się i dziękuję, że mogę świętować premierę w mieście – tu uderzył w bardziej emocjonalny ton – moim mieście!

– Ząbkowice Śląskie stały się magnesem dla wielu ludzi – stwierdził Tomek. Przyjechały osoby z różnych stron Polski, nawet z zagranicy.

Dlaczego przybyły? Bodźcem była ciekawość. Istniała też chęć wskrzeszenia atmosfery z ubiegłego roku.

Tomek mówił o genezie koncertu: – Zenit stanowi z definicji punkt szczytowy, a 40 lat zespołu to wiek dość znaczący, dla człowieka wiek, w którym coś się kończy, ale przecież i zaczyna. Dla nas to kontynuowanie budowania relacji z młodzieżą.

Jaki jest świat „Zenitu”? Zenit według Gen Rosso to nie południe. To nie czas, gdy świat jest jasny, ciepły i możemy podziwiać go we wszystkich kolorach. Nacisk został położony na smutek, cierpienie, zwątpienie i samotność. Świat koncertu to ciemność. Spowijająca. Jak otchłań „zasypująca wszelkie dźwięki ciszą” – napisał kiedyś Czesław Miłosz… I heroizmem jest układanie muzyki.  

I heroizmem jest spełnianie marzeń. Można w tym dostrzec coś z łowienia wielorybów, o których śpiewali Charles i Jordan w Streetlight”. Idealizm zdaje się bowiem przegrywać z rzeczywistością. Czego jednak człowiek nie czyni  z naiwnym podejściem? Naiwne są praca, dom, rodzina; wypadają słabo w zestawieniu ze złem i niepewnością. Mimo to spełniamy się w nich, wierząc w abstrakcyjne wartości. Receptą na smutek i cierpienie zdaje się być wyjście poza rzeczywistość, wejście w świat pełen wielorybów, których łowienie stanie się niezależne od tego, czy dzieje się nam źle, czy dobrze. Przesłanie „Zenitu” mówi o kreowaniu marzeń. Ich tworzenie i dochodzenie do nich jest ważniejsze od wszystkiego – pozwala nam żyć.

Podświetlone na fioletowo zasłony na scenie wnosiły klimat jutrzenki i nadziei. Niejednoznaczność czasu w tekstach utworów była podkreślana przez kolorystykę scenografii, bowiem fiolet to ostatni kolor, który nasz ułomny wzrok może dojrzeć. Ponad fioletem dzieje się wszystko niewidzialne, tylko intuicyjnie wyczuwalne, czyli nieziemskie.

I piramidalna konstrukcja podestów dla instrumentów… Na samym jej szczycie perkusja Dennisa Ng, niżej po lewej keyboard i Nando Perna, jeszcze niżej kongi, na których grał Eric Mwangi Irungu, a po prawej gitara basowa z José Manuelem Garcíą oraz gitara elektryczna Cristiano Galliana. Samo spojrzenie na tak skomponowaną scenę zmusza wzrok do kierowania się ku górze. Górze, która nadaje rytm.

Artyści wychodzą z założenia, że pełnię człowieczeństwa otrzymujemy w rozmowie. I nie krzykliwej, nie konwenansowej, ale tej najbardziej intymnej.

Potęga szeptów, uśmiechów świadczy o mocy wypływającej z odnalezienia w drugim cichej ostoi przed ciemnością. Pragnienie odnalezienia w drugim światła, boskiej pneumy przyświecało ideom Gen Rosso – „chciałbym być jednością z płaczem i śpiewem”. Wyrazem pełnej miłości nie jest jedynie bycie z drugim człowiekiem w chwilach szczęścia, ale też wspieranie w chwilach smutku.

Każdy tak naprawdę chce poczuć wspólnotę, misterium życia w drugim i z drugim; śpiewać z nim wspólną pieśń dla świata i przeciw światu, bo tylko w drugim głosie, w głosie innego, w melodiach granych przez inne serca odnajdujemy sens. Inni stanowią jedyną nadzieję na zstąpienie światła.

Tomek ma chłopięcy głos, nie poważny, męski, zniszczony życiem, tak jak Waits czy Cave. To głos płaczliwy, a na płaczu zyskuje, gdy jest wyśpiewywany w balladach, jak w wywiadzie (patrz wywiad z maja 2009 roku) Tomek nazwał wolne utwory. Dla mnie są to jednak psalmy. I w momencie, gdy artysta śpiewa i liczy na obecność Jego obok siebie, jednocześnie widz ma do czynienia z misterium. Tomek potrafi wczuć się w to, co śpiewa, nie gra, śpiewając te słowa, wierzy w nie, głos wydobywa się prosto z jego serca. A dzięki temu i słuchacz może czuć się zaproszony do modlitwy.

Do partii hip-hopowych publiczność podeszła z uśmiechem. W każdym przedstawieniu istnieje rola klauna czy czarodzieja, kogoś, kto potrafi podtrzymać relację z publicznością; szczególnie jest to ważne, kiedy przedstawienie musi opierać się na silnym związku z audytorium. Klaun czy czarodziej rozładowuje napięcie, stąd Eric i jego rap.

W słowach piosenek nawiązywano również do podróży Gen Rosso w przestrzeni i czasie. Członkowie zespołu jak nikt inny mają prawo do uogólniania i komentowania spraw dotyczących całego świata, problemów, które pochłaniają uwagę wielu ludzi. Podróże odbywały się – chyba przede wszystkim – w sercach innych ludzi. Spójrzmy na nasze miasto: Gen Rosso przybyło rok temu  jako boysband, który przeprowadzał warsztaty z młodzieżą; później okazało się, że członkowie zespołu wykonali fenomenalną pracę, urzeczywistnioną we wspólnym musicalu. Teraz zespół przyjechał i znów pokazał siebie z innej strony – młodzieżowy streetlight przekształcił się w również młodzieżowy, ale poważniejszy „Zenit”, opowiadający o człowieku, jego relacjach z Innym i potrzebie obecności Boga w naszym życiu.

 „Przyjdź tutaj – gdzie się ukrywasz?” – tak brzmi inny psalm. Od pradawnych wieków człowiek wzywa Boga. „Veni Creator Spiritus…” – śpiewają pobożnie mnisi czasów średniowiecza. A Tomek Mikusiński dodaje: „obmyj plamy ziemi i pokryj ją wolnością”. Świat nie jest doskonały: „Ty kierujesz nas do punktu, który przeistoczy sens czasu w czas jedności” – chodzi o oczekiwanie na spokój ducha nie tylko jednostki, ale całej zbiorowości ludzkiej. „Duchu, oceanie światła (…)wyszyj złotymi nićmi naszą historię i wpleć ją w wieczność.” I Duch przychodzi, bowiem wiatr szepcze, że… A szept jest właśnie niewyrażalny. Po prostu wsłuchaj się – mówią artyści –  Bóg mówi do Ciebie...

Dlatego Tomek nazwał Boga „kompozytorem ukrytym”. On uczestniczy w każdej twórczości i nie tylko muzyce Gen Rosso, ale w muzyce dnia powszedniego, w wykonywanych czynnościach, bowiem każdy ma w sobie „strunę”: na której Bóg wygrywa melodie gwiazd. Nie zabrakło „niebiańskiej melodii” kosmosu, przypominającej, że równie ważne jak krzątanina wokół ziemskich spraw są odgłosy płynące z serca. To nie basowe dudnienia, złowieszcze głosy z nicości – Gen Rosso wierzy w świat lepszy, w dobro, które mimo wszystko może dziać się już teraz w nas. Artyści proszą o „dotyk Boga”, o to, by zagrał na naszej strunie. I nie chodzi o to, jak mówił Tomek w jednym z komentarzy, czy Bóg jest Buddą, Jezusem Chrystusem czy kimś innym. Ważne, by żyć w tej głębokiej relacji i kochać Boga – jak śpiewa artysta – umożliwić Mu, by „przeprowadził nas przez życie”.

Jesteśmy wciąż w ciemności i dlatego dużo w koncercie o szukaniu kogoś, kto na nas naprawdę czeka. Grupa słynąca z podróży po różnych kontynentach potwierdza, że każdy jest pozornie samotnym wędrowcem, który zmierza do jakiegoś celu. Błądzi, ale mimo wszystko może wrócić, bo Ktoś naprawdę wielki na niego czeka. Dlatego Gen Rosso śpiewa – chodźmy – my, czyli wszyscy. „Wsłuchaj się w wewnętrzny cichy głos” – tak podobnie to brzmi po włosku, polsku czy w języku kirundi.

Stąd blisko do „carpe diem”, wyśpiewywanego przez Ciro Ercolanese. Chodzi o miłość do bliźniego, bo miłość jest ważniejsza od własnego życia. Ona umożliwia przełamanie  strachu,  paraliżującego nasze działanie. Zaspokaja potrzebę jedności i „pokoju, który jest kwitnącym drzewem”.

Sądzę, że każdy odnalazł cząstkę siebie w scenerii „Zenitu”, która, jak wyraziłem na wstępie, jest ciemnością, a jej istnienie powoduje ciągłe pytania o sens naszego życia i o miejsce Boga. Artyści z Gen Rosso potrafili jednak wykrzesać z tej ciemności nieokreślony punkt oparcia dla widza.

Gen Rosso bisowało aż trzy razy. Potem przyszedł czas na rozmowy z artystami, a im nie było końca…


Artur Tanona, uczeń III LO w Ząbkowicach Śląskich